Normalność została mi amputowana we wczesnym dzieciństwie. Moi koledzy(?) mogą to poświadczyć. Nie mogę nic zrobić bez wybuchania (frycowatym?) śmiechem. Kilka przykładów:
-czytam starego "Gościa Niedzielnego" i błąd w druku: zamiast "...polskiego Fritzla" napisali "...polskiego Fritza". Dobrze, że udało mi się wytłumaczyć mamie, że zawsze śmieję się z błędów.
-w co drugim podręczniku do niemieckiego połowa ludzi ma na nazwisko Fritz. I jak tu się ma człowiek uczyć...?
-niemiecki kalendarz. 24 XII- Adama, Ewy, Kaspara. No cóż...
-czytam książkę. Powieść historyczna pt. "W orlim gnieździe". Tak dla relaksu. I co? I zrobili śniegowego Rittera. A potem rozwalili. Poryczałam się.
-nawet do sklepu pójść nie mogę! Wczoraj wybuchłam wariackim (frycowatym?) śmiechem na widok czekolady "Ritter sport". Echch...
I tak jest za każdym razem, jak mam na coś fazę. Kiedyś zasmarowywałam cały zeszyt do religii całą linijkę: sin sin sin sin... a w nastę

nej linijce: cos cos cos cos...